Żywotność rytuału i niemoc tekstu

Kiedy koherencja rytualna przekształciła się w tekstualną, rytualne powtarzanie stało się zbędne, ponieważ wraz z pismem wynaleziono inny sposób przechowywania sensów. Warto jednak zastanowić się, czy był on lepszy, od tego bowiem zależy trwałość konektywnej struktury* społeczeństwa. Jedynie sens cyrkulujący pozostaje żywy, a rytuał to właśnie pewna forma cyrkulacji. Natomiast martwa litera tekstu istnieje materialnie również poza nią i łatwo może wyjść z obiegu. Kiedy zaś tekst wyjdzie z użycia, staje się raczej grobem niż skarbnicą sensu, który wówczas może zmartwychwstać tylko dzięki wysiłkowi interpretatora, sztuce hermeneutyki i pośrednictwu komentarza. Oczywiście zdarza się również, że zapomniane zostaje znaczenie rytuału. Wtedy jednak zawsze zastępuje je inne znaczenie. Teksty są więc niepewnym sposobem przekazywania sensu, ponieważ może on wraz z nimi wypaść z obiegu komunikacyjnego, co w przypadku rytuału nie jest możliwe.
J. Assmann, Pamięć kulturowa. Pismo, zapamiętywanie i polityczna tożsamość w cywilizacjach starożytnych, Wyd. UW, Warszawa 2008, str. 106.
  Zgodnie z powyższym rytuał istnieje właściwie dla sensu, który wyraża, a jego życie jest życiem jego sensu. Każde powtórzenie rytuału, które przecież jest obligatoryjne, przywołuje ponownie jego sens. Z tekstem jest trudniej – może zostać odłożony na półkę, a wtedy jego sens trudno odtworzyć i wprowadzić na nowo w przestrzeń społeczną, gdzie bez rytualnej oprawy jego przyszłość jest również niepewna. Być może ma to związek także z tym, że rytuał ma większą moc partycypacyjną, większy potencjał zbiorowego zaangażowania, niż tekst ciążący ku jednostkowemu odbiorowi i transmisji sensu. Prawdopodobnie ten krótki fragment rzuca światło na dzieje chrześcijaństwa na Zachodzie w przeciągu ostatnich pięciu, a może dziesięciu wieków – jest to niewątpliwie historia przemian rytuałów, prób poradzenia sobie z tekstem, historia gubienia, zaniedbywania i odnajdywania sensów.
* Tj. struktury scalające społecznie i historycznie grupę – przyp. K.M.
–Kamil M.

Oralność a Nowy Testament (2)

  W ostatniej części swojego artykułu pt. Phenomenology of language and the New Testament R.W. Funk skupia się na Pawłowym użyciu języka. Pokazuje m.in. jak zawarte w wielu jego listach sekcje dotyczące podróży minionych i planowanych zajmują ważne miejsce w ciągu argumentacji. Ich położenie w strukturze i rozplanowaniu listu wskazuje, iż Paweł jako swoją centralną misję postrzega swą osobistą obecność w Kościołach, bezpośrednie, ustne głoszenie i nauczanie wiernych, które z konieczności wymaga w późniejszym czasie pewnych listownych sprostowań i dodatkowych wyjaśnień. To w swej słabej i niepozornej obecności Paweł dostrzega ośrodek objawienia się mocy Bożej. Choć jego przeciwnicy mówią: „Listy bowiem (…) są groźne i nieubłagane, lecz gdy się zjawia osobiście, słaby jest, a jego mowa nic nie znaczy.” (2 Kor 10:10), sam postrzega to inaczej: „Dowody [mojego] apostolstwa okazały się pośród was przez wielką cierpliwość, a także przez znaki i cuda, i przejawy mocy.” (2 Kor 12:12) Wprawdzie Paweł jest słaby, ale nie widzi on tego, jako czegoś niestosownego, czegoś, co szkodzi jego osobistym wystąpieniom: „Usiłujecie bowiem doświadczyć Chrystusa, który przeze mnie przemawia, a nie jest słaby wobec was, lecz ukazuje w was moc swoją. Chociaż bowiem został ukrzyżowany wskutek słabości, to jednak żyje dzięki mocy Bożej. I my także niemocni jesteśmy w Nim, ale żyć będziemy z Nim przez moc Bożą względem was.” (2 Kor 13:3-4). W mizerności własnej postaci apostoł widzi improwizację Chrystusa – słabego, a zarazem pełnego mocy.  Paweł nie jest w stanie odegrać, a zatem i głosić, Chrystusa listownie: „Lecz nie chcę, by wyglądało, że was straszę listami” (2 Kor 10:9). Słowo pisane potrafi zniekształcić intencje autora, obdarzyć przekaz fałszywym autorytetem pozbawiając go zarazem transformatywnej względem odbiorców mocy.
  Po drugie, z analizy twórczości Pawła wynika, iż jest on nie tyle zainteresowany treścią słów, co tym, jaki efekt one są zdolne wywołać. Paweł słowami raczej przywołuje rzeczywistość, w której i on, i odbiorca mogą wspólnie uczestniczyć, niż wysyła komunikaty. Słowo, ustne głoszenie ma moc przemiany ludzi, ponieważ jest związane z bezpośrednią personalną interakcją, każde słowo jest zdarzeniem pomiędzy osobami. Mowa nie daje się zamknąć, ograniczyć, skończyć jak słowo pisane – słowo mówione jest otwarte na przyszłość, na dalszą interakcję i przemianę osób przez wzajemny wpływ. Dlatego nawet gdy Paweł pisze swe listy, stara się je utrzymać w stylistyce jak najbliższej ustnej wypowiedzi – tłoczą się w nich wymyślone dialogi, oskarżenia i obrony, zapytania, wykrzyknienia, przysięgi i wyzwania. To nie jest materiał przeznaczony do wczytania się, ale do poddania się oralnemu wrażeniu jakie wywołuje, gdy jest słuchany.

–Kamil M.

Oralność a Nowy Testament (1)

  Czas zabrać się za pracę licencjacką. Przez długi czas myślałem nad tematem i początkowo skłaniałem się ku prześledzeniu mechanizmów działających w pierwotnym chrześcijaństwie, które posłużyły do skonstruowania trwałego i konkurencyjnego światopoglądu (por. P. Berger i Th. Luckmann Społeczne tworzenie rzeczywistości). W końcu jednak uznałem, że 1) to bardzo obszerny temat, 2) wymagałby on dużo pracy, na źródłach, które mogą być trudno dostępne lub zgoła nieistniejące. Może innym razem. Ponieważ jednak trochę już zdążyłem się zaznajomić z opracowaniami na temat kultury oralnej (nawet w pierwszych wpisach tego bloga jest o tym mowa), postanowiłem pójść w tym kierunku i tak planuję namierzyć i uwypuklić te cechy twórczości zawartej w NT, które noszą znamiona przynależności jej autorów do kultury wciąż w przeważającym stopniu oralnej. Dlaczego takie zagadnienie? Po pierwsze, z ciekawości, z pragnienia poznania albo chociaż podsumowania pracy innych, którzy się już wcześniej nad tym trudzili. Po drugie, z sympatii lub woli empatycznego poznania. Myślę, że taka praca pozwoli lepiej zrozumieć kluczowe osoby i teksty w pierwotnym chrześcijaństwie, intencje, wyobrażenia, sposób korzystania z języka. To próba zrozumienia obiektu na warunkach dyktowanych przez obiekt, a nie przez badającego.

  Zdążyłem już zrobić mały research i jestem zadowolony, znalazłem bowiem cały numer pisma biblistycznego  poświęcony Oralności i tekstualności w literaturze wczesnochrześcijańskiej, (podobno) przełomową książkę Wernera Kelbera pt. The Oral and Written Gospel oraz wiele artykułów z anglojęzycznych czasopism naukowych. Pośród nich m.in. Phenomenology of language and the New Testament R.W. Funka, który nie traktuje ściśle o kulturze oralnej, ale o użyciu języka w NT i o jego interpretacji lub odbiorze, co jest wystarczająco bliskie moim zainteresowaniom. W drugiej części artykułu (po zreferowaniu w pierwszej fenomenologicznego podejścia do języka) autor aplikuje fenomenologiczną teorię do faktu używania przez Jezusa przypowieści w swym nauczaniu i postrzega ten fakt jako znaczący. Przypowieści wyśmienicie pasują do zadania, jakiego podjął się Jezus – nie są (jak błędnie czasem się mniema) alegoriami, kodem odnoszącym się do innej rzeczywistości, unikają one abstrakcji. Raczej wychodząc ze świata doświadczeń odbiorców przekazują w sposób maksymalnie niezapośredniczony punkt widzenia Jezusa, wciągają odbiorców w ten nowy kształtowany przez niego świat. Przypowieści przykuwają uwagę nie do detali lub pojedynczych ich bohaterów, ale do przedstawionej w nich sytuacji. Przypowieść czerpie ze środowiska odbiorców, by podważyć ich świat i zaprosić do innego spojrzenia nie przez abstrakcyjne argumenty, ale w taki sposób, w jaki czyjś obraz potrafi zmienić punkt widzenia patrzącego. Przypowieści przybliżają Królestwo Boże i ukazują różne jego aspekty, ale nie w sposób systematyczny – to raczej krótkie wejrzenia w nową rzeczywistość, która wymaga zaangażowania się w nią, by ją zgłębić. Jest to bardzo oralne (w sensie kulturowym) zjawisko. Ludzie kultury oralnej żyją językowo blisko świata codziennej ludzkiej egzystencji, blisko przyrody, pracy, podstawowych stosunków międzyludzkich. Geniusz Jezusa polega nie na tym, że takie tematy w przypowieściach w ogóle podejmuje (to w tej sytuacji doprawdy nic dziwnego), ale na tym, jak je wykorzystuje. Jego opowiadanie świata tych ludzi na nowo wciąga ich w bliską więź z jego wizją, z nim samym poprzez jego słowo, poprzez bezpośrednią ekspresję jego wewnętrznej perspektywy, którą posiada. Ta osobista interakcja z Jezusem i jego nowo powstałym językowym światem, w którą on swoim słowem wciąga ludzi, budzi jednak również opór i protest tym gorętszy, że interakcja jest tak bezpośrednia i rozgrywa się na kanwie tak podstawowych zjawisk, do których odnoszą się przypowieści. Emocje rosną, wybuchają spory, łatwo o otwarty konflikt – i taka konfliktowość to też cecha kultury oralnej, ale o tym innym razem.
–Kamil M.

Oralność i piśmienność a Kościół: Słowo

Czym jest słowo w kulturze oralnej? Słowo kojarzy nam się z tekstem – jeśli słowo ma jakąś fizyczną postać, to jest to dla nas znak lub szereg znaków na papierze czy ekranie. Słowa są etykietkami na różne rzeczy, kategoriami, pozycjami w słownikach. Inaczej jest w świecie niezdominowanym przez tekst, gdzie – jak pisałem wcześniej – komunikacja odbywa się bezpośrednio.

Przede wszystkim – słowo jest dźwiękiem. W jego naturze leży pewna nietrwałość, jeśli zatrzymamy dźwięk wypowiadanego słowa, nie uchwycimy go – część będzie należała już do przeszłości, a część będzie jeszcze niewypowiedziana. Dlatego słowo jest akcją, czymś czynnym, a nie statycznie spoczywającym na kartce. Słowo w kulturze oralnej ze swej natury jest żywe, pojawia się i zanika, kolejne głoski przeskakują po kolei na swoje miejsce i już po nim. Dlatego słowo mówione jest nie tylko żywe, ale też żywiołowe, co ma różne społeczne konsekwencje, jak będzie można przeczytać w następnym wpisie dot. wspólnoty.
Słowo w kulturze oralnej jest czymś silnie związanym z osobą – jest dźwiękiem wydobywającym się z wnętrza człowieka. Tak, jak instrumenty są poznawane poprzez dźwięk jaki wydają i jak zawartość jakiegoś przedmiotu można w przybliżeniu określić przez ostukiwanie go oraz ocenę wydawanego przez niego dźwięku, tak też zawartość drugiej osoby – jej charakter, myśli, życie wewnętrzne, świadomość – jest poznawana przez słowa, żywe dźwięki objawiające osobę. Słowo jest tym, co pozwala poznać drugiego człowieka, jest aktywnym przedłużeniem człowieka ściśle związanym jednak z nim ze względu na dźwiękową naturę słowa. Bez słowa człowiek w swojej istocie jest niepoznawalny, ale bez obecności żywego człowieka nie ma dźwięku, nie ma słowa w kulturze oralnej. Człowiek to słowo, a słowo to człowiek. W tym świetle może lepszym określeniem na słowo w kulturach oralnych jest polski wyraz, związany z czasownikiem wyrażać.
Biorąc to wszystko pod uwagę i zwracając się z tymi informacjami w stronę starożytnego Kościoła, możemy pewne sprawy zrozumieć lepiej. Rozumiemy w ten sposób, dlaczego Papiasz z Hierapolis – który z wielkim zapałem wypytywał tych, którzy osobiście słyszeli nauczanie Jezusa, o to, co mają w tej materii ustnie do przekazania – napisał:

Gdyż wyobrażałem sobie, że to, co jestem w stanie zaczerpnąć z ksiąg, nie jest dla mnie tak pożyteczne jak to, co pochodzi z żywego i trwającego głosu.
Papiasz z Hierapolis, Wyjaśnienie mów Pańskich

To są słowa człowieka, który ceni osobisty kontakt ze świadkiem wydarzeń bardziej niż to, co może mu przekazać statyczny tekst. Polega też najwyraźniej bardziej na ustnym, żywym i pewnym przekazie, niż na tekście o nieokreślonym pochodzeniu, oderwanym od osoby. Możemy zrozumieć, dlaczego w pierwotnym Kościele tak ceniono przekaz ustny (gr. paradosis) – postrzegano go, jako żywy kontakt z początkami, z relacją naocznych świadków i z ich słuchaczami. Nauka otrzymana od osoby przez bezpośredni kontakt była lepsza, pewniejsza i bardziej przekonująca, a zarazem poprzez łańcuch wzajemnych relacji, znajomości i powiązań tworzyła wspólnotę Kościoła. O wspólnocie jednak następnym razem.
Mówimy wszakże tutaj o Słowie.

Jn 1:1-3
Na początku było Słowo,
a Słowo było u Boga,
a Bogiem było Słowo.
Ono było na początku u Boga.
Wszystko przez nie powstało,
a bez niego nic nie powstało, co powstało.

Heb 1:1-3
Wielokrotnie i wieloma sposobami przemawiał Bóg dawnymi czasy do ojców przez proroków; ostatnio, u kresu tych dni, przemówił do nas przez Syna, którego ustanowił dziedzicem wszechrzeczy, przez którego także wszechświat stworzył. On, który jest odblaskiem chwały i odbiciem jego istoty i podtrzymuje wszystko słowem swojej mocy, dokonawszy oczyszczenia z grzechów, zasiadł po prawicy majestatu na wysokościach.

Wczesna chrystologia została osadzono głęboko w wyobrażeniach funkcjonujących w kulturze oralnej. Jezus Chrystus został nazwany Słowem Boga. Wziąwszy pod uwagę to, co napisałem wyżej, możemy pogłębić nasze odczytanie tego tytułu. Oznacza on bowiem, że Chrystus jest najgłębszym wyrazem istoty Boga – jak pisze autor listu do Hebrajczyków: „odblaskiem chwały i odbiciem [gr. charakter] jego istoty”. Chrystus wprost objawia i wyraża Ojca, a z drugiej strony Ojciec i Jego osoba może być poznany tylko przez Jego Słowo, czyli Syna. W kategoriach świata piśmienniczego tytuł Słowa Boga nie niesie tych znaczeń, ale w świecie przeważającej oralności staje się poważną podstawą chrystologii trynitarnej – Syn jako Słowo pochodzi z wnętrza Boga Ojca, jest z Nim ściśle związany. Gdzie jest Syn, tam jest i Ojciec, a Ojciec jest dostępny tylko poprzez Syna. W oralnym świecie te relacje wynikają z samego pojmowania osoby i słowa, niepotrzebne są rozważania natury filozoficznej. Słowo człowieka nie jest człowiekiem, ale jednocześnie nie ma nic bardziej zgodnego z człowiekiem, nic lepiej go wyrażającego, niż jego słowo. Ale skoro zostało powiedziane już, że słowo to wydarzenie, coś żywego i niemal namacalnego, to jakże konsekwentne, a mimo swej konsekwencji zaskakujące są słowa: A Słowo ciałem się stało i zamieszkało wśród nas [Jan. 1:14a]. To jest najwyższy możliwy do wyobrażenia sobie przez ludzi kultury oralnej poziom komunikacji – Słowo Boga, najwyższy, jedyny i pełny wyraz boskiej istoty staje się namacalnym, działającym człowiekiem. Nie człowiekiem osobnym od Boga, ale: Boga nikt nigdy nie widział, lecz jednorodzony Bóg, który jest na łonie Ojca, objawił go [Jan. 1:18]. Ewangelia według św. Jana jest tej myśli pełna – zachęcam do obserwacji.
–Kamil M.

Oralność i piśmienność a Kościół: Wprowadzenie

Czytam – fragmentami, nie od dechy do dechy – książkę Waltera Onga Oralność i piśmienność (Orality and literacy), z którym to tytułem zapoznałem się dzięki, wartościowym i wnoszącym w moje życie wiele przemyśleń, wykładom z socjologii kultury. Wiążę z tą książką duże nadzieje i jak się zdaje po przeczytaniu sporego kawałka – uzasadnione. Bo oto Ong nakreśla nam funkcjonowanie światopoglądu czy rozumowania ludzi w społecznościach oralnych bądź w przeważającej części oralnych, jak również pokazuje, jaka rewolucja dokonuje się wraz z upowszechnieniem się pisma, a potem – druku. Jak głosi nagłówek jednego z rozdziałów: Writing restructures consciousness („Pismo restrukturyzuje świadomość”), co – jak nietrudno się domyślić – rzutuje na nasze „piśmienne” próby pojęcia oralnego świata starożytnych, a zatem i starożytnego Kościoła.

Można by zapytać – dlaczego Kościoła? Czyż jednym ze skarbów Kościoła nie były właśnie Pisma, których czytanie i studiowanie było tak pielęgnowane? Owszem, ale tutaj właśnie przychodzi zrozumieć funkcjonowanie pisma w ogóle w ówczesnym świecie – bardzo różnym pod tym względem od naszego. Piśmienność nie była rzeczą wszystkich, a nawet więcej – w pierwszych wiekach n.e. pisać i czytać umiał niewielki procent ludzi w oikumene, cywilizowanym świecie. Pismo jak najbardziej funkcjonowało, zresztą podkreśla się, że bez pisma nie może powstać imperium, ale niewielu ludzi posiadało zdolność czytania, a jeszcze mniej zajmowało się zakrojonym na mniejszą lub większą skalę pisarstwem. Kiedy więc myślimy o starożytnym świecie, w którym przyszło funkcjonować Kościołowi, musimy wiedzieć, że był to świat z perspektywy zwykłych ludzi przeważająco oralny. Nie był to świat stricte oralny, ale jednak ciągle nosił mocne znamiona oralności, która odciska piętno na sposobie myślenia i pojmowania rzeczywistości. Trudno nam to sobie wyobrazić – trudno wyobrazić sobie świat bez druku z bardzo drogimi, ręcznie przepisywanymi kodeksami, na które mało kto może sobie pozwolić. Zapomnieliśmy już, że książka to jest wydarzenie – kiedyś nie było dziesiątków kopii, które każdy mógł wziąć do domu, osobiście studiować, wymieniać wrażenia z osobistej lektury. Często książki przychodziło słuchać na zgromadzeniach, czytane przez lektora na głos – czy to na uniwersytecie, czy w kościele. Jak sobie wyobrazić świat bez książek? O ile dobrze pamiętam kodeksy powstały w II wieku, wcześniej królowały zwoje, które i tak mało kto mógł odczytać. Oralna kultura oznacza, że zasięg komunikacji jednostki jest ograniczony do tych, z którymi może się kontaktować bezpośrednio – komunikacja jest czymś bardzo fizycznym, wcielonym w głos, minę, gestykulację. Słowo nie jest plątaniną linii atramentu na papierze, słowo jest wydarzeniem, słowo jest złączone z osobą, jest osoby ekspresją. Pomyślcie nad tym, pomyślcie nad Słowem. Więcej w następnych wpisach.
–Kamil M.