Otworzyły się im oczy

Pierwszy posiłek wzmiankowany w Biblii to chwila, gdy Adam i Ewa spożywają zakazany owoc. Bezpośrednią jego konsekwencją jest nowa i niechciana wiedza: „otworzyły się oczy ich obojga i poznali, że są nadzy” (dienoichthesan hoi ophthalmoi ton duo kai egnosan hoti gymnoi esan, Rdz 3:7). Tym razem [w Ewangelii Łukasza – przyp. K.M.] inna para, Kleofas i jego towarzysz (najprawdopodobniej jego żona, jedna z wielu Marii w opowieści ewangelicznej) zasiadają przy stole i są skonfrontowani z nową i jakże głęboko pożądaną wiedzą: „otworzyły się ich oczy i rozpoznali Go” (auton de dienoichthesan hoi ophthalmoi, kai epegnosan auton, 24:31). To, mówi Łukasz, jest ostateczne odkupienie; to jest posiłek, który oznacza, że długie wygnanie rodzaju ludzkiego, nie tylko Izraela, jest wreszcie skończone. To jest początek nowego stworzenia. Właśnie dlatego „nawrócenie i odpuszczenie grzechów ma być głoszone wszystkim narodom” (24:47). Jeśli Earle Ellis ma rację, by upatrywać w scenie z Emmaus ósmego z kolei posiłku w Ewangelii, może działać tutaj numeryczny schemat, który ma podkreślić tę prawdę (która jak się okaże, jest podkreślona szczególnie przez Jana). To jest pierwszy dzień nowego tygodnia.
N.T. Wright, The Resurrection of the Son of God, str 652.

Pismo Święte wczesnego Kościoła – uwagi formalne

  Teoria komunikacji w dziedzinie środków przekazu szczególnie rozwinięta przez tzw. szkołę kanadyjską (Havelock, Ong, McLuhan) uczy, że na odbiorców komunikatu (przesłania, message) wpływ ma nie tylko sama treść, ale również środek przekazu (medium), jego forma. Powiedzenie ukute przez McLuhana brzmi the medium is the message – medium jest przesłaniem. Media (środki przekazu) w swoim ukształtowaniu same w sobie są przesłaniem. W więcej teoretycznych szczegółów może wdawać się nie będę, ale przejdę od razu do praktyki.
  Wielokrotnie i z wielu ust słyszałem już w kwestii wydań Biblii słowa „śródtytuły nie są w końcu natchnione,” co zasadniczo oznacza świadomość tego, że nie znajdowały się w oryginalnym tekście. To stwierdzenie wpada na trop pewnej bardzo ważnej rzeczy. Czym różni się nasza, współczesna Biblia od Biblii starożytnych? Oczywiście takie pytanie najczęściej staje się sygnałem do startu wielkiego wyścigu pod hasłem „Czy i gdzie tekst Biblii został zmieniony oraz jak udowodnisz, która jego wersja jest prawdziwa?”, ale nie to mam obecnie na myśli. O krytyce tekstu może jeszcze coś napiszę, tym razem jednak mam w głowie rzecz bardziej trywialną i jak to z takimi rzeczami bywa – o niebywałym znaczeniu. Otóż pomijając takie rzeczy jak materiał, którego używa się do publikacji Biblii czy cały problem tłumaczeń, skupmy się na – wydawałoby się nieistotnych – podziałach na wersety i rozdziały. Dostęp do informacji o tym, że te podziały zostały wprowadzone w toku historii nie jest trudny, a i nie wzbudzają one współcześnie wśród chrześcijan zbytniej kontrowersji. Przeciwnie – prawdopodobnie nie wyobrażają oni sobie korzystania z Biblii bez tych podziałów, bo skąd by wiedzieli „gdzie co jest”? Co najwyżej właśnie może paść uwaga o tym, że analizując tekst i jego kontekst nie należy się sugerować podziałem na rozdziały, bo bywa, że jest on nietrafiony.
  Wydaje się jednak, że wersety i rozdziały stwarzają ogromną różnicę. Pismo Święte wczesnego Kościoła nie zawierało żadnych podziałów wersetowych czy rozdziałowych, choć oczywiście teksty dzielono na pewne sekcje. Co więcej, mało prawdopodobne, żeby powszechnie w kościołach funkcjonowały księgi, które zawierałyby całe Pismo – raczej poszczególne Pisma stanowiły materialnie oddzielne księgi (zwoje), których kolekcje postrzegano jako kanoniczne (nie wkraczam w problem tworzenia się kanonu). Jest to sytuacja z goła odmienna od nasze, współczesnej: dla nas kanon to nie kolekcja, wystarczy otworzyć Biblię wydaną przez daną tradycję chrześcijańską i znajdziemy tam wszystkie księgi uznawane przez wydawcę za kanoniczne w odpowiedniej kolejności i porządku. Ale ta uwaga o kolekcjach Pism jest tak na marginesie, dla zastanowienia i pogłębienia kiedy indziej.

  Wczesny Kościół czytał zatem raczej nie jedną Księgę, ale księgi i pisma, które uznawał za mniej lub bardziej wiążące i które uważał za takie, ponieważ łączyła je pewna Historia, a Kościół widział siebie jako żywą kontynuację tej Historii pełnej wydarzeń, ludzi i przede wszystkim – Boga. Historia, opowieść, narracja to kategorie współcześnie w chrześcijaństwie często zapominane, ale nie jest to nic dziwnego. Tutaj wkraczają właśnie wersety i rozdziały – chrześcijanie znają Biblię przede wszystkim jako zbiór wersetów, w drastycznej formie jako zbiór wersetowych sentencji, chrześcijańskich wróżb z chińskich ciasteczek. Biblia jest bazą danych wygodnie oznakowaną cyframi, w której każde kilka czy kilkanaście słów ma swoją precyzyjną lokalizację w biblijnej siatce geograficznej. Z łatwością przychodzi zaznajomić się z dziesiątkami wersetów wyrwanych pojedynczo z tekstów, stają się one rozpoznawalne, czasem jako tagi czy catchphrases dla pewnych doktryn czy przekonań (np. łaską zbawieni jesteście, gdybym mówił językami ludzi i aniołów czy tak bowiem Bóg umiłował…). Rodzi to całe uniwersum tzw. proof-texts – zestawów wersetów dowodzących biblijności pewnych poglądów, powtarzanych do znudzenia. Wszystko to w dużej mierze zrodziło się nie tylko z upowszechnienia dostępu do Biblii wraz z Reformacją i drukiem, ale właśnie z wprowadzenia podziałów na wersety i rozdziały.
  Medium jest przesłaniem. Wczesny Kościół czytał księgi zawierające Pisma jak… księgi, traktaty, spisane historie, opowieści. Owszem – księgi o wielkiej wartości, stanowiące regułę wiary i pobożności, ale jednak księgi, tzn. pewne całości o zauważalnej literackiej budowie, na którą składały się jasne przy czytaniu sekcje zawierające jedną rozwiniętą myśl lub epizod narracyjny. Często się mówi, że Biblii nie można czytać jak zwykłej książki i jest to po części prawda, ale po części zwodnicze twierdzenie. Wczesny Kościół nie atomizował Pism, ale czytał je całymi partiami tak, jak czyta się książki. Współcześnie rozbicie na wersety doprowadziło do szatkowania tekstu, utraty szerokiego obrazu z pola widzenia i przyjęcia biblicyzmu obcego oryginalnym autorom, który utrudnia odczytanie przesłania Pisma. Chrześcijanie stracili zdolność odczytywania symboli (symboli, a nie kodów), literackich metafor, postradali umiejętność uchwycenia zamysłu pisarza przez ogarnięcie kompozycji całego dzieła – często czytanie Biblii sprowadza się do „słowa dla mnie od Boga” wyrwanego z małego kąska listu, ewangelii czy innego proroka. W ten sposób rozczłonkowanie Pism przyczynia się do indywidualizacji wiary, chrześcijanin dostaje na swój duchowy telefon 160-znakową wiadomość tekstową z Nieba. Szeroka wizja, porywająca Historia, która trwa i w którą są (powinni być) zanurzeni chrześcijanie dzisiaj, zniknęły pod gąszczem siglów. Znamiennym jest, że – przynajmniej na polskim rynku – nie do dostania jest wydanie Biblii, w którym nie byłoby żadnej numeracji wersetów czy rozdziałów, tylko sam, dobrze przetłumaczony, ciągły, choć może podzielony wygodnie na akapity bez śródtytułów tekst. Przeciwnie – nie dość, że wszystkie wydania zawierają omawiane podziały, to jeszcze Biblia Warszawska czy Gdańska niezmiennie są wydawane w ten sposób, że każdy werset zaczyna się od nowej linijki, a tekst przypomina wyliczankę. Tego nie da się czytać! A przynajmniej nie da się w taki sposób, by ogarnąć całość.
  Jakiś czas temu odkryłem, czemu nie jestem w stanie uczyć się z własnych notatek z wykładów – przy czytaniu rozpraszały mnie nadrukowane na kartki zeszytu kratki i linie. Na początku edukacji były bardzo pomocne, pozwalały zachować jakiś porządek w notatkach, linijki tekstu trzymały się prostej, litery zachowywały jako-taką proporcję (abstrahując od mojego niezbyt czytelnego stylu pisma). Ale nadszedł taki moment, ze zaczęły przeszkadzać odczytaniu tego, co napisałem. Od niedawna notuję tylko na białych czystych kartkach i wszystko stało się przejrzyste. Podział na wersety jest pomocny, pozwala szybko lokalizować fragmenty, czasami zwraca uwagę na rzeczy, które przy czytaniu zwykłego, ciągłego tekstu by umknęły. Jednak ostatecznie nie z tymi tradycyjnymi podziałami zostały Pisma napisane, ale z wielkim rozmachem, który koniecznie trzeba uchwycić cofając się nieco, by nie rozpraszały detale. Tak jak człowiek na pewnym etapie wspinaczki wyłania się spomiędzy drzew, wstępuje na łyse, skalne progi i wreszcie oprócz wszystkich okazów fauny i flory, jakie spotkał po drodze, widzi Puszczę, która jest więcej, niż sumą drzew i krzewów, a przynajmniej to zdaje się oznaczać zaparty dech patrzącego na nią człowieka. Tak spojrzeć na Pisma razem i każde z osobna, to zobaczyć je tak, jak widział je wczesny Kościół i dostać się pod ich nieco inny wpływ – dla nas odmienny, ale w gruncie rzeczy stary jak Ewangelia.
  Dla zachęty – N.T. Wright o pełnym ogarnięciu Pism:

The Whole Sweep Of Scripture – N.T. Wright

–Kamil M.